Obiecałam sobie dziś jeszcze wieczorną wycieczkę do M1 i dookoła - ale na 3 godziny ugrzęzłam w rachunkach domowych. Na szczęście wszystko wyprostowałam i budżet mi się nawet (mimo generalnego remontu Peugeota) dopina ;) Szaleństw w tym miesiącu nie będzie, ale się dopnie.
Z powrotem jeździłam po sklepach elektronicznych w poszukiwaniu zasilacza do takiego urządzonka z pracy. Zaczęłam od cywilizowanego Scalaka a potem co jeden to baaardziej klimatyczny... W końcu wróciłam do pierwszego (trzeba było troszkę w końcu pokombinować i kupićpo zasilacz i końcówkę do podmiany) bo lubię jak pan w sklepie jest wobec mnie miły i troszkę szarmancki a nie mówi mi że powinnam "wysłać facetów na zakupy"...
Miałam tym razem pojechać sobie dla odmiany na północ, w stronę Częstochowy. Jednak po przejechaniu 4 km jedno było jasne - wczorajszy wiaterek - może słabiej wieje, ale za to dalej w trybie CIĄGŁYM. Po wczorajszych przejściach stwierdziłam że dzisiaj już nie będę się z koniem kopać, zawróciłam o 180 stopni i pojechałam do znowu w kierunku Chudowa. Ostatecznie dojechałam do niejakiego Orzesza i wróciłam z powrotem
Z powrotem zatrzymałam się w moim ulubionym Chudowie. Ogólnie konwersja tej wycieczki, to był DOBRY pomysł, bo Chudów już dzisiaj tęsknił życiem i motocyklistami...
Obiecałam sobie, że pojadę do sklepu z porcelaną i szkłem w Żernicy kupić jakąś ładną szklankę do herbaty - nie porcelanowy kubek ale właśnie szklankę, z uszkiem, fikuśną. Obiecałam sobie pojechać Peugeotem, ale wiatrzysko było takie, że potrzebowałam roweru z nieco większą masą...
Wiatrzysko było niemożebne i to na dodatek z kierunku północno-zachodniego - dokładnie tego w który jechałam. Droga techniczna wzdłuż autostrady była jednym wielkim tunerem aerodynamicznym - tam dzisiaj pierwszy raz w życiu zwymiotowałam w trakcie jazdy z wysiłku.
Ale dojechałam i to w godzinach pracy sklepu :) Potem, jak już miałam na południe to już sobie mogłam pojeździć. A tak wygląda upolowana szklanka(wypełniona już gorącą herbatką)
Z Knurowa pojechałam przez Gierałtowice do Chudowa. Tuż przed Knurowem pytałam o drogę rowerzystę który strasznie się upierał, że on mi pokaże (bo akurat w tamtą stronę jedzie) skrót przez lasu którym wyjadę prawie do Gierałtowic. Przyznam się szczerze, że jakoś nie odważyłam się z nim jechać. Wysoki postawny facet - wiem że świat nie jest pełen zboczeńców, ale nie dałabym rady takiemu ;). Wykręciłam się "że chcę zobaczyć Knurów" i poszukam skrótu następnym razem.
W Chudowie siadłam sobie w kąciku (gdzie wiało dużo mniej :) ) i wypiłam gorącą herbatę (nawet podwójną - dostałam gratisową "dolewkę"). W Chudowie nie było NIKOGO. Nie było ani "niestety" motocyklistów ani "na szczęście" bachorków. Niestety do czasu. Nagle nie wiedzieć skąd zjawiło się dwóch facetów z trójką bachorków płci żeńskiej które po kilku minutach rozgrzewki zaczeły skakać na ławce i drzeć się w niebogłosy "Aj - aj - aj". Po prostu HORROR. Gdy jedno z nich nagle zwróciło uwagę na zawieszone na łańcuchu w roli żyrandola koło i ryknęło "Cio to", odpowiedziałam mu w myślach - "że to taka rzecz która jak ci spadnie na łeb to się wreszcie uspokoisz". Wizja "uspokojonych" bachorków poprawiła mi zdecydowanie nastrój a i po chwili panowie zabrali dziatwę na zamek.
Z Chudowa pojechałam już prosto do domu. Mapka na pamiątkę... .
Wlokłam się po Pepe do serwisu totalnym zbiegiem okoliczności tuż przed godziną 18-stą. Przechodzę przez rynek a na rynku Masa rowerzystów :) No i się zabrałam - nie tylko na masę ale i na ognisko na hałdach.
No super po prostu było :). Miałam okazję na żywo zobaczyć kilku rowerzystów z bikestats - m. in. Dynia (wreszcie!) i właściciela niepowtarzalnej w Zabrzu Meridy :), upiec kiełbaski przy ognisku (daaaaaaaaaaawno nie miałam okazji) no i w życiu nie siedziałam na hałdach o 10-tej w nocy :) Ślicznie było.
I muszę podziękować Kubushowi za towarzystwo jego i jego kapitalnej lampki rowerowej podczas przejazdu przez las (Pepe nie ma jeszcze ani jednej...). Podziękować też muszę chłopakom z którzy zaszczycili mnie fajnym towarzystwem pod samą furtkę do domu i wytłumaczyli tajemnicę wjechania po kładce przy 11 listopada (zawsze zazdrościłam wszystkim, którzy to potrafią) :D
Moje pierwsze 1000 kilometrów tego roku - jestem z siebie bardzo dumna :)
A ogólnie to do pracy - z pracy a w międzyczasie do Lidla wymienić bluzeczkę na S-kę. I mimo, że miałam dzisiaj w pracy zebranie, gdzie dyrektorzy rzucali w stronę naszego działu uwagi o tym że "trzeba może nas rozwiązać" i żebyśmy określili termin zrobienia systemu "który albo dotrzymamy albo nas zwolnią", to mimo wszystko... Zrobiłam już tysiąc kilometrów i mam ekstra bluzeczkę. A czy w przyszłym roku będę pracować tu czy w innym mieście to dla mnie dzisiaj sprawa drugorzędna.